Rolnicy wyszli na ulice Warszawy. O co chodzi w sporze o umowę UE–Mercosur?
W piątek, 9 stycznia, w centrum Warszawy odbył się protest rolników. Na transparentach i w wypowiedziach organizatorów wracał jeden główny temat: sprzeciw wobec umowy handlowej UE–Mercosur oraz obawa, że jej skutki najmocniej odczują polskie gospodarstwa. Rolnicy przekonują, że to nie jest „zwykła polityczna kłótnia o handel”, ale decyzja, która może zmienić realia opłacalności produkcji żywności w Polsce – i odbić się także na zwykłych konsumentach.
Dzisiejszy protest w Warszawie: marsz przez centrum i utrudnienia
Zgromadzenie rozpoczęło się około godziny 11:00 w rejonie Placu Defilad. Następnie uczestnicy przeszli w kierunku Sejmu, a później pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. W trakcie marszu występowały czasowe utrudnienia w ruchu oraz możliwe opóźnienia w komunikacji miejskiej. Organizatorzy sygnalizowali też gotowość do dłuższej obecności w stolicy, jeśli rozmowy z rządem nie przyniosą efektu.
Argument nr 1: „nierówne zasady gry” i presja cenowa na polskie gospodarstwa
Rolnicy podkreślają, że największym ryzykiem jest presja cenowa. Ich zdaniem po wejściu umowy w życie na rynek unijny może trafić więcej produktów rolnych z Ameryki Południowej po cenach, z którymi europejskie gospodarstwa nie będą w stanie konkurować. W praktyce – jak mówią – oznacza to spadek cen skupu i jeszcze niższą opłacalność produkcji, a w konsekwencji ograniczanie hodowli lub całkowite zamykanie części gospodarstw.
W rolniczych wypowiedziach często pada też hasło „nierówna konkurencja”. Chodzi o sytuację, w której rolnik w UE musi spełniać coraz bardziej rygorystyczne wymogi (kosztowne inwestycje, dokumentacja, ograniczenia), a jednocześnie ma konkurować z importem, który – w opinii protestujących – nie zawsze jest wytwarzany według porównywalnych standardów i kosztów.
Argument nr 2: standardy produkcji i bezpieczeństwo żywności
Drugi filar krytyki dotyczy standardów. Rolnicy argumentują, że w Unii obowiązują restrykcje dotyczące m.in. środków ochrony roślin, antybiotyków, dobrostanu zwierząt czy wymogów środowiskowych. Z ich perspektywy import z państw Mercosur może powstawać w warunkach, które tych samych zasad nie spełniają – a to zaniża koszty produkcji i daje przewagę cenową.
W tej narracji pojawia się też postulat „lustrzanych klauzul”: jeśli czegoś nie wolno stosować w UE, to produkty wytworzone w oparciu o zakazane praktyki nie powinny trafiać na unijny rynek. Rolnicy podnoszą także kwestię przejrzystości: pełnej identyfikowalności pochodzenia towaru i jasnych mechanizmów kontroli.
Argument nr 3: ochrona rynku i szybkie „hamulce bezpieczeństwa”
Rolnicy przekonują, że nawet jeśli w umowie pojawiają się mechanizmy ochronne, to w praktyce mogą działać zbyt wolno. Ich zdaniem kluczowe jest to, by w razie zalania rynku importem i gwałtownego spadku cen, reakcja była szybka i skuteczna. W przeciwnym razie – jak mówią – szkody pojawią się natychmiast, a odbudowa produkcji (szczególnie w hodowli) trwa latami.
Jak to uderza w rolnika – według samych rolników?
Protestujący opisują skutki wprost: mniej opłacalna produkcja oznacza ograniczanie inwestycji, redukcję stad, rezygnację z części upraw, a czasem konieczność zamknięcia gospodarstwa. Dla wielu rodzin rolniczych to – w ich ocenie – nie tylko kwestia „zysku”, ale stabilności finansowej i sensu dalszej pracy.
Rolnicy zwracają uwagę, że gospodarstwa są też częścią lokalnej gospodarki: jeśli produkcja spada, cierpią firmy usługowe, transport, przetwórstwo, warsztaty i handel w mniejszych miejscowościach. W ich przekazie to efekt domina: problem rolnika szybko staje się problemem całego regionu.
A jak może uderzyć w zwykłego obywatela – według rolników?
Rolnicy podkreślają, że dla konsumenta najłatwiej zauważalna jest cena. Z ich perspektywy problem polega na tym, że tańsza żywność „tu i teraz” może mieć koszt ukryty. Wskazują trzy obawy, które ich zdaniem powinny interesować także mieszkańców miast:
- Jakość i standardy – ryzyko, że presja cenowa wypchnie z rynku część lokalnych producentów, a konsumenci będą coraz mocniej zależni od importu.
- Bezpieczeństwo i kontrola – większy strumień importu oznacza większą presję na system kontroli, a rolnicy podnoszą, że „papierowe” deklaracje nie zawsze oddają realne standardy produkcji.
- Stabilność cen w dłuższym terminie – rolnicy argumentują, że jeśli lokalna produkcja osłabnie, to w kolejnych latach ceny mogą stać się bardziej zależne od wahań globalnych, kursów walut i kryzysów w łańcuchach dostaw.
W skrócie: według rolników stawką jest nie tylko ich dochód, ale także bezpieczeństwo żywnościowe i przewidywalność rynku, z którego korzysta każdy.
Co dalej?
Spór o umowę UE–Mercosur raczej szybko się nie skończy. Rolnicy zapowiadają dalsze działania, a temat będzie wracał zarówno w debacie politycznej, jak i w rozmowach o tym, jak pogodzić wolny handel z ochroną europejskiego rolnictwa oraz standardów produkcji żywności.


Zostaw opinię na ten temat
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.